ul. Wspólna 1/3 
00-529 Warszawa 53

Z dala od polityki

Z profesorami: Witoldem Karczewskim 
Aleksandrem Łuczakiem i Andrzejem Wiszniewskim
rozmawiają  Małgorzata Wanke-Jakubowska
i Maria Wanke-Jerie

W styczniu minęło dziesięć lat od uchwalenia ustawy o utworzeniu Komitetu Badań Naukowych i niebawem obchodzić będziemy jego 10-lecie. Jaka była geneza tego unikatowego w skali światowej rozwiązania polegającego na połączeniu klasycznego ministerstwa nauki z samorządem uczonych?

Prof. Witold KARCZEWSKI: Organizacja nauki w Polsce przed rokiem 1990 oparta była na "najlepszych" ówczesnych wzorach, to znaczy wzorach radzieckich. Funkcjonowały trzy odrębne piony: Polska Akademia Nauk, czyli odpowiednik ministerstwa nauk podstawowych, pion szkolnictwa wyższego, zajmujący się kształceniem oraz sektor jednostek badawczo-rozwojowych, odpowiedzialnych za wdrożenia. Tymi trzema pionami zarządzał wicepremier, pod koniec lat osiemdziesiątych był to Zenon Szałajda. System był bardzo scentralizowany i nawet tak szczegółowe decyzje, jak na przykład przydział dewiz na zakup aparatury za granicą, zapadały na szczeblu wicepremiera. Powoli dojrzewała świadomość konieczności zmian. W środowisku Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauki, które już od dziesięciu lat przygotowywało reformę, doszliśmy do wniosku, że uczeni powinni mieć możliwość współdecydowania o polityce naukowej. No i wymyśliliśmy KBN.

Kogo można nazwać ojcem ustawy o utworzeniu Komitetu Badań Naukowych?

Prof. Witold KARCZEWSKI: Inicjatorów było wielu, ale może wspomnę o jednym. Ogromne zasługi położył prof. Jan Janowski z Krakowa, wicepremier w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i równocześnie przewodniczący Komitetu Nauki i Postępu Technicznego przy Radzie Ministrów. To był wielki "twardziel" - jak trzeba było coś załatwić, nie wahał się powoływać na autorytet swojego urzędu. Bardzo nam wtedy pomógł.

Jaki był udział społeczności akademickiej w konsultowaniu i opiniowaniu ustawy o KBN?

Prof. Witold KARCZEWSKI: W latach poprzedzających wejście ustawy w życie przeprowadziliśmy ankietę. Odzew, jak zwykle w polskim środowisku naukowym, był skromny, nawet - powiedziałbym - bardziej niż skromny. Dużo natomiast dyskutowaliśmy w Komisji Polityki Naukowej Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauki. Rozmowy te odbywały się na zasadzie "burzy mózgów". Przyglądaliśmy się, jak to jest zorganizowane w innych krajach, przestudiowaliśmy mnóstwo materiałów i dokumentów, w dużej mierze dzięki ogromnemu zaangażowaniu prof. Stefana Amsterdamskiego, podsekretarza stanu w Urzędzie Postępu Technicznego i Wdrożeń, który później przekształcony został w urząd Komitetu Badań Naukowych. Staraliśmy się wybierać jak najlepsze rozwiązania.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Może dodam, że i ja w przygotowaniu tej ustawy miałem jakiś udział. Byłem bowiem w komisji sejmowej, która tym się zajmowała. To był - jak pamiętamy - czas Sejmu kontraktowego, czas "burzy i naporu", kiedy wiele ustaw, także i ta, było przyjmowanych na zasadzie "idzie nowe, trzeba temu zawierzyć". Komisja nie miała wówczas wielu wątpliwości ani uwag; o ile sobie przypominam, w przypadku tej ustawy nie było większych zmian w stosunku do przedłożenia rządowego. I może jeszcze jedno wspomnienie - to ja prowadziłem posiedzenie komisji sejmowej, która opiniowała kandydaturę profesora Karczewskiego na przewodniczącego KBN.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Nie uczestniczyłem w powstawaniu KBN i muszę przyznać, że na tę inicjatywę patrzyłem wówczas z pewnym niepokojem. Uważałem bowiem, że na przyjętej koncepcji zaważyły dwa czynniki. Po pierwsze - wzorzec amerykańskiej National Science Foundation, a po drugie - ogromna nieufność w stosunku do władzy w myśl dewizy: "Musimy być demokratyczni i samorządni, bo rządzący na pewno będą chcieli zrobić źle, a przynajmniej głupio". Te dwa czynniki spowodowały, że KBN był taki, jaki był i dziś jeszcze w dużej mierze jego model  jest zbliżony do pierwotnego. Podczas mojej pierwszej wizyty w National Science Foundation, kiedy przedstawiałem strukturę KBN, usłyszałem: "Jak powstawała NSF, nasi uczeni chcieli zrobić dokładnie to samo, ale na szczęście prezydent Truman zawetował".

Jak w pierwszych latach to rozwiązanie się sprawdzało?

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Na ustawie o utworzeniu KBN zaciążyło to, co było jej przeszłością - zachowano piony nauki, zmieniono tylko strumień ich finansowania. Wprawdzie demokratyzacja zarządzania była wówczas dużym osiągnięciem, ale gdzieś przecież muszą być granice działania samorządu. Wyznacza je polityka państwa, do realizacji której rząd musi dysponować odpowiednimi mechanizmami. Problem ten nie zawsze był uświadamiany, ale w miarę upływu lat dostrzegany coraz częściej. Znalazło to wyraz w nowelizacji ustawy o KBN, która weszła w życie w styczniu tego roku. Mam nadzieję, że okaże się, iż w wystarczającym stopniu skoryguje te mechanizmy.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Jest małym krokiem naprzód.

Profesor Aleksander Łuczak był pierwszym politycznym przewodniczącym KBN, politycznym w tym sensie, że zmiana na tym stanowisku nastąpiła w wyniku porozumienia koalicyjnego wraz z powołaniem nowego gabinetu. Funkcję przewodniczącego KBN objął polityk, poseł i jednocześnie wicepremier. Czy oznaczało to zwiększenie rangi nauki w polityce rządu?

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Pozornie tak by się mogło wydawać, ale   jak pokazało doświadczenie, naciski ze strony innych ministrów i ich resortów sprawiały, że "przebić się", nawet wicepremierowi, jest bardzo trudno. Można było argumentować i zgłaszać propozycje, ale zawsze pilniejsze okazywały się problemy górników, hutników, służby zdrowia, wojska, rolnictwa, edukacji...

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Widać, że nic się nie zmieniło.

Prof. Witold KARCZEWSKI: Jest takie zabawne powiedzonko angielskie, które wyczytałem w czasopiśmie "The Economist". Brzmi ono: "Krzyki z ulicy mają znacznie większą siłę przebicia niż jęki z wieży z kości słoniowej". To się potwierdza na każdym kroku. Trudno ukryć, że przewodniczący KBN, czy minister kultury w sytuacji gdy dochodzi do "czołowego zderzenia", na przykład z ministrem obrony narodowej, na ogół przegrywa. Tym bardziej, że dobrze wie, iż nasze wojsko rzeczywiście jest bardzo słabe. Próbowaliśmy mu nawet w ramach KBN pomóc i stworzyć strategiczny program rządowy, w wyniku którego miało powstać to, co jest dzisiaj takie modne, czyli samolot wielozadaniowy. Minęło już dziesięć lat, więc mogę o tym mówić. Stworzono wspaniały projekt przygotowany przez PZL Okęcie - samolot z amerykańskim silnikiem, bardzo nowoczesny, który miał się nazywać "Skorpion". Niestety, nic się nie udało zrobić, bo zabrakło pieniędzy.

Ten przykład pokazuje, jak trudna jest realizacja polityki naukowej rządu...

Prof. Witold KARCZEWSKI: KBN nie udało się realizować polityki naukowej rządu, ale głównie dlatego, że takiej polityki w ogóle nie było. Gdy doprowadziliśmy do uchwalenia dokumentu "Założenia polityki naukowej państwa", gdzie napisano, że w roku 1998 na naukę trzeba przeznaczyć 1 proc. PKB, to minister finansów dodawał zastrzeżenie: "Jeśli pozwoli na to budżet państwa". Praktyka pokazywała, że budżet nigdy na to nie pozwalał.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Te dokumenty zawsze przechodziły ciernistą drogę i nie stanowiły zapisu polityki naukowej rządu, tylko wypadkową różnych układów i nacisków pojawiających się w czasie dyskusji. Ostateczny zapis, do którego zmierzało środowisko naukowe, był na tyle ogólny, że właściwie mieściło się w nim wszystko. Nie było mowy o żadnych priorytetach, co stanowiło błąd w metodzie, bo z jednej strony próbowano wypracować politykę naukową opierając się na środowisku, które - rozczłonkowane i broniące swoich grupowych interesów - nie było w stanie temu podołać.

Nowa ustawa zwiększa prerogatywy ministra nauki. Czy umożliwia to tworzenie i realizację polityki naukowej państwa?

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Teoretycznie tak.

Prof. Witold KARCZEWSKI: Zmiany w tym właśnie punkcie, idące nawet jeszcze dalej, potrzebne były od dawna.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Też tak uważam. To był dopiero drobny krok we właściwym kierunku. Dzisiaj przewodniczący KBN może dzielić środki na poszczególne dziedziny nauki, czyli tworzyć priorytety, co na razie zrobiłem bardzo nieśmiało. W budżecie na rok 2001 są one na poziomie ośmiu procent środków przeznaczonych na działalność statutową.

Jak te priorytety zostały sformułowane, to znaczy które dziedziny uznano za ważniejsze od innych?

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Mieliśmy świadomość, że na posiedzeniu komitetu, a tam sprawa trafić musiała, każdy zespół przywołując wszystkie możliwe argumenty będzie uzasadniał, że jest priorytetowy. Dlatego poszliśmy w pewnym sensie po linii najmniejszego oporu i przyjęliśmy priorytety Unii Europejskiej w 5. Programie Ramowym. To rozstrzygnęło spory. Po pierwsze dlatego, że rozwiązanie pochodziło z zewnątrz i było w miarę rozsądne, a po drugie, odzwierciedlało politykę naukową Unii Europejskiej.

Czy priorytety w nauce nie powinny raczej wynikać z polityki gospodarczej państwa?

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: To jest argument może ładnie brzmiący, ale zupełnie demagogiczny. Jak bowiem sformułować politykę gospodarczą? Jeśli na przykład zamykamy kopalnie, czy ma to oznaczać, że przestaniemy finansować badania z zakresu górnictwa? To przecież niemożliwe.

Równolegle do prac nad nowelizacją ustawy o KBN opracowano i wdrożono nowy system kategoryzacji i finansowania jednostek na podstawie oceny parametrycznej. Jaki to miało wpływ na finansowanie działalności statutowej i na same jednostki naukowe?

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Powinno mieć wpływ bardzo głęboki i taki pewnie będzie miało. Pierwsze podejście do oceny parametrycznej było nie do końca udane. Nie dlatego, że przyjęto złe kryteria, które zawsze mają pewne luki. Naukometria nie jest dziedziną, gdzie łatwo jest wymierzyć, przeliczyć na punkty, a te - na pieniądze. Tego się dokładnie zrobić nie da, jest bowiem mnóstwo czynników niemierzalnych. Nie kryteria były zatem największą przeszkodą w pierwszym roku obowiązywania podziału środków na zasadzie oceny parametrycznej, tylko decyzje zespołów. Ocena "szła" swoją drogą, a pieniądze swoją, czyli innymi słowy - nie było pełnej korelacji między środkami przyznawanymi instytucji  a wynikami oceny parametrycznej. To był największy mankament pierwszego roku funkcjonowania tego systemu. Chciałbym doprowadzić do tego, aby w przyszłym roku, kiedy ocena zostanie udoskonalona, zespoły przyznawały tylko punkty, a komputer wyliczał, jakie pieniądze będą z tego wynikały.

Prof. Witold KARCZEWSKI: W stosunku do oceny parametrycznej mam trochę mieszane uczucia. Niedawno na konferencji niemiecko-amerykańskiej rady naukowej w Halle byłem świadkiem, jak pewien wybitny fizyk z Hamburga toczył spór z najwybitniejszym na świecie naukometrystą, zwolennikiem sparametryzowania absolutnie wszystkiego. "Jak chcę poznać dziesięciu najlepszych fizyków na świecie - przekonywał ten pierwszy - to dzwonię do dziesięciu dobrych fizyków i każdego z nich proszę, żeby mi podał nazwiska dziesięciu doskonałych fizyków. Mam wówczas gotową odpowiedź zupełnie bez udziału parametrów". Tę rozmowę przytaczam oczywiście półżartem, potrzebna jest bowiem ocena parametryczna, ale niezbędne jest także wzięcie pod uwagę opinii uczonych, którzy doskonale wiedzą "who is who".

Jak środowisko przyjęło ocenę parametryczną?

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: W sumie przyjęło dobrze, kwestionując równocześnie wiele jej zasad szczegółowych. Większość opinii tego rodzaju można by streścić słowami: "Ocena jest zła, bo my na niej kiepsko wyjdziemy". Istnieje natomiast powszechny pogląd, że dowolność ocen to wynik gier układowych. Z pewnością w dużej mierze tak było i w dalszym ciągu jeszcze trochę jest, na przykład w przypadku projektów badawczych. Do końca tego się nie da wyeliminować, i bynajmniej nie z powodu korupcji czy złej woli, tylko po prostu dlatego że jeśli coś lub kogoś się zna, to odruchowo lepiej się ocenia. Człowiek dobry, którego znam, będzie w mojej ocenie zawsze lepszy niż człowiek równie dobry, którego nie znam.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Nawiązując do tego, o czym anegdotycznie wspomniał prof. Karczewski, chciałbym dodać, że o nauce świadczy także to, jak się na niej zarabia pieniądze, czy istnieje możliwość zastosowań oraz wdrożenia wyników badań do produkcji. To jest niekiedy najlepszy parametr. Uważam, że tego aspektu nie bierzemy w wystarczającym stopniu pod uwagę. Jest także sfera nauki na styku z gospodarką, gdzie nawet powinno się zakazać finansowania budżetowego.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: W projekcie oceny parametrycznej, która będzie przeprowadzana w roku 2002, bardzo silnie uwzględniono dochodowość wynikającą wprost z ilości zarobionych złotówek i - jak można się spodziewać - ta koncepcja spotyka się z bardzo ostrą krytyką, nie tylko ze strony przedstawicieli nauk podstawowych, ale także i stosowanych. Najczęściej pada argument, że uderza ona w szkolnictwo wyższe i faworyzuje jednostki badawczo-rozwojowe. A przecież w szkolnictwie wyższym też można robić innowacje.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Moim zdaniem, problem wiąże się ze sprawą źródeł finansowania, z faktem że polska nauka w tak dużym stopniu jest dotowana z budżetu państwa. Właśnie te proporcje finansowania budżetowego i pozabudżetowego muszą wywoływać opory, o których mówimy. Na ogół uważa się, że przy wspomaganiu budżetowym parametr ekonomiczny nie jest najistotniejszy. Natomiast gdyby w większym stopniu rozwinięto mechanizm dotowania pozabudżetowego, znacznie wzrosłaby świadomość, że na nauce można zarabiać.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Chciałbym na jeszcze jedną rzecz zwrócić uwagę. Polska nauka jest nauką państwową, mimo że wszystko wokoło prywatyzujemy. Uczeni pracujący w szkolnictwie wyższym w większości zatrudnieni są w uczelniach państwowych, podobnie ci którzy pracują w jednostkach badawczo-rozwojowych czy placówkach Polskiej Akademii Nauk. W krajach wysoko rozwiniętych ponad 60 procent naukowców pracuje w jednostkach prywatnych, najczęściej w laboratoriach przy korporacjach przemysłowych.

Prof. Witold KARCZEWSKI: Uważam, że dobrym rozwiązaniem dla nauki jest park technologiczny, na przykład taki, jaki widziałem w Cambridge. Zarabia się tam pieniądze i przeznacza na rozwój badań, których efekty są bezpośrednio wykorzystywane. Tam też ukształtował się pogląd, że wcale nie jest źle, jeśli dobry uczony przechodzi z uniwersytetu czy laboratorium do przemysłu. Dzięki temu stanie się on ambasadorem nauki, będzie zabiegał o środki finansowe i wskazywał, gdzie można skorzystać z nowych rozwiązań. U nas odejście z nauki do przemysłu nadal psychologicznie oznacza degradację.

Kolejnym ważnym krokiem, jaki zrobiła polska nauka, było przystąpienie do 5. Programu Ramowego UE. Unia Europejska finansuje tylko te projekty badawcze, które mają zastosowanie praktyczne i kończą się wdrożeniami. Czy nie wymusza to podejmowania takich właśnie badań przez polskie zespoły?

Prof. Witold KARCZEWSKI: Bardziej niż na nas wymusza na Grekach.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Niestety, nie wymusza "pod pistoletem" i w związku z tym, że nie ma przymusu, nasze środowisko odpowiedziało na 5. Program Ramowy z rezerwą. Przyznaję, że to eufemizm. Liczba złożonych projektów jest znacznie niższa niż można oczekiwać od tak wielkiego środowiska naukowego jak polskie. Przykład Grecji jest rzeczywiście spektakularny, bowiem na osiem tysięcy badaczy złożono tam 2800 projektów. W Polsce zaś mamy 80 tysięcy badaczy i po wszystkich dotychczasowych konkursach wpłynęło zaledwie 1600 projektów. Jeśli nie zarzuci się wędki, nie wyłowi się ryby.

Funkcjonuje stereotyp, że polska nauka jest dramatycznie niedofinansowana. Na uzasadnienie tej tezy porównuje się wskaźnik PKB finansowania budżetowego w Polsce i innych krajach. Tymczasem przy uwzględnieniu produktu krajowego brutto na głowę ludności wcale tego nie widać. Na wykresie, gdzie na jednej osi odłożymy PKB per capita, na drugiej zaś procent PKB na naukę z budżetu państwa, mieścimy się na zupełnie przyzwoitym poziomie.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Niestety, nie znam kraju o porównywalnym do naszego PKB per capita, który wydatkowałby większy niż Polska procent swojego budżetu na naukę. My natomiast lubimy się porównywać do Finlandii, Niemiec czy do Francji, gdzie PKB per capita wyrażony w dolarach według parytetu siły nabywczej jest co najmniej trzykrotnie większy niż w Polsce. Na Irlandię się nie powołujemy, bo tam nauka finansowana jest głównie ze źródeł pozabudżetowych. Z budżetu państwa na ten cel przeznacza się tam o około 30 procent PKB mniej niż w Polsce.
Jak w takim razie pobudzić finansowanie pozabudżetowe?

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Rozwiązań jest sporo. Dotyczą one różnego typu instrumentów ekonomiczno-finansowych oraz prawnych zachęcających do finansowania badań i wdrażania polskiej myśli technicznej. Jednak największy problem tkwi w tym, że polska gospodarka jest bardzo słaba. Przedsiębiorcy niechętnie podejmują ryzyko finansowania badań, z których być może nie będą mieli żadnych korzyści ekonomicznych.

Gospodarka jest słaba, nie finansuje zatem nauki, która mogłaby pobudzić rozwój gospodarki. Jak wyjść z tego zamkniętego kręgu niemożności?

Prof. Witold KARCZEWSKI: Zaimponowała mi Republika Korei. W 1962 roku PKB per capita wynosiło tam zaledwie 50 dolarów. Wtedy postawiono wszystko na rozwój nauki. W ciągu trzydziestu lat PKB wzrósł tam 75-krotnie.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: W moim przekonaniu nie ma żadnej spirali niemożności, a kluczem do wyjścia z tego kręgu jest harmonijny rozwój trzech dziedzin: gospodarki, nauczania i nauki. Jeśli którakolwiek z nich stanie się słaba, będzie hamować pozostałe. W gospodarce sytuacja nie jest taka zła, produkt krajowy rośnie względnie przyzwoicie, oczywiście w znacznej mierze dzięki inwestycjom zagranicznym. Ale my się tego nie bójmy. Korea też się nie bała, a Irlandia w jeszcze większym stopniu postawiła na inwestycje zagraniczne. W przypadku edukacji, udało nam się to, co przed dziesięcioma laty wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Nikt nie przewidywał, że w 2000 roku będziemy mieli 1,5 mln studentów.
Czy nauka jest przygotowana do tego rozwoju?

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Jeśli chodzi o czynnik ludzki, na pewno tak, bo mamy - powiedziałbym - nawet trochę za dużo uczonych w porównaniu z krajami na naszym poziomie rozwoju. Mamy więcej uczonych niż na przykład Austria, jesteśmy pod tym względem na poziomie Włoch. Czynnikiem hamującym jest wciąż gospodarka, która rozwija się zbyt wolno.

Na koniec podsumujmy, co można zaliczyć do osiągnięć Komitetu Badań Naukowych w minionym dziesięcioleciu.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Mimo różnych mankamentów uważam dziesięcioletni okres działalności KBN za udany. Zmiany - moim zdaniem - powinny iść w dwóch kierunkach. Z jednej strony, należy zwiększyć finansowanie budżetowe, choć w najbliższym czasie realizacja tego postulatu będzie bardzo trudna. Z drugiej zaś, kołem zamachowym rozwoju nauki powinna stać się gospodarka, która wyzwoli finansowanie pozabudżetowe. Proporcje nakładów z budżetu i źródeł pozabudżetowych powinny być w przyszłości takie jak w innych krajach, czyli odwrotne w stosunku do tego, co jest obecnie w Polsce.

Prof. Witold KARCZEWSKI: Kiedy tworzyliśmy KBN, zakładaliśmy, że będziemy bezlitośnie egzekwować pracę naukową i za to dobrze płacić. Niestety, pozwolono nam tylko egzekwować. Dostaliśmy kij, ale nie dano nam marchewki. Niemniej na samym początku stwierdziliśmy, że priorytetem w tym czasie powinna stać się edukacja i to się udało. Z tego jestem dumny. Jeśli są pozytywne oceny KBN od samego niemal początku, to właśnie w środowisku szkolnictwa wyższego.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Nie sądzę, aby polska nauka była w stanie konkurować z nauką światową we wszystkich dziedzinach. Należy dostrzegać te miejsca, jednostki, zespoły, gdzie pojawiają się pomysły, inicjatywy i indywidualne talenty. Trzeba je pielęgnować i wspierać, podobnie jak to się dzieje w sporcie. To powinno być także rolą KBN.

Prof. Andrzej WISZNIEWSKI: Są trzy obszary, w których KBN zrobił bardzo wiele. Po pierwsze, osiągnięciem było wprowadzenie konkursowego systemu ubiegania się o środki na badania. Wprowadzenie zasady peer review przy ubieganiu się o granty sprawiło, że pod tym względem dołączyliśmy do rozwiniętych krajów na świecie. Przy wszystkich mankamentach tej zasady, nikt lepszej metody nie wymyślił. Po drugie, KBN zbudował infrastrukturę informatyczną nauki i dzięki temu nasze środowisko uzyskało dostęp do Internetu znacznie wcześniej niż inni. KBN przeznaczył na to wiele pieniędzy i była to decyzja strategiczna. Moim zdaniem, wspaniała, i to dowodzi, że czasem decyzja o wydatkowaniu pieniędzy z perspektywą sukcesu za kilka lat jest najlepsza z możliwych. Po trzecie, gdyby nie KBN i dotacja statutowa wiele jednostek nauki przestałoby istnieć. Dzięki KBN przetrwały, choć mam pewne wątpliwości, czy wszystkie powinny. Chciałbym na koniec podkreślić jeszcze jedno -  KBN wykazał się niezwykłą stabilnością. Stabilnością w przypadku działań, które były podejmowane z rozwagą i bez pośpiechu. Stabilnością personalną - liczba ludzi, którzy pracują w tym gmachu od samego początku, jest wręcz niebywała. I wreszcie coś zupełnie unikatowego - trzech przewodniczących KBN reprezentujących całe dziesięciolecie siedzi obok siebie na kanapie w pełnej zgodzie i w przyjaźni.

Prof. Aleksander ŁUCZAK: Nie tylko z powodu jubileuszu.

Prof. Witold KARCZEWSKI: I niesłychanie ważne było również to, że wszystkim nam trzem udało się utrzymać komitet z dala od meandrów polityki.



BACK