MOIM ZDANIEM

Kiedy i dlaczego uczeni mijają się z prawdą?

Tematyka rzetelności w nauce stała się ostatnio popularna na łamach "Spraw Nauki". Często wyrażane jest uczucie zawodu postawą naukowców. Oczekuje się od nich jakiegoś ponadprzeciętnego poziomu moralności. Czy te oczekiwania są uzasadnione? A jeśli nie, to jak to pogodzić z oparciem nauki na wzajemnym zaufaniu? Co jest patologią, a co przejawem rozwoju? Czy społeczeństwo i sami naukowcy mogą wpływać na moralność badaczy?

"Świat badań naukowych, podobnie jak inne aspekty ludzkiej działalności, zbudowany jest na fundamencie zaufania. Naukowcy wierzą, że opublikowane przez innych wyniki są poprawne. Społeczeństwo ufa, że wyniki badań naukowych odzwierciedlają rzetelną próbę opisania świata w sposób dokładny i nie zniekształcony. Wysoki stopień zaufania charakteryzujący naukę i jej związek ze społeczeństwem przyczynił się do obecnego, bezprecedensowego rozwoju aktywności naukowej".
Fragment ten pochodzi z kolejnego wydania broszury National Academy Press pt. "Być naukowcem: Odpowiedzialne prowadzenie badań naukowych". Skoroszyt ten został pomyślany jako punkt wyjścia do przemyśleń i dyskusji w gronie młodych adeptów nauki. Powstał w wyniku szerokiej debaty amerykańskiego środowiska naukowego, gdzie szereg instytucji państwowych i prywatnych wykazuje duże zainteresowanie problemem rzetelności w nauce.
Jak pogodzić ten wysoki stopień zaufania społecznego z fałszowaniem wyników, podpisywaniem publikacji pozbawionych własnego wkładu, przedkładaniem ponad wszystko rywalizacji, przyczynkarstwem, nieuczciwym recenzowaniem? Naukowcy są tylko ludźmi -- ze swoimi wadami i zaletami.
Oczekiwanie, aby uczeni jako całość przewyższali społeczeństwo w kwestiach etycznych jest utopią. Można natomiast próbować zrozumieć specyfikę wyborów moralnych, jakie niesie ze sobą prowadzenie badań naukowych, poszukiwać źródeł patologii i sposobów ograniczania ujemnych skutków jej występowania. Brak rzetelności w nauce bierze się, oprócz zwykłych (choć często nagannych) ludzkich słabości, z patologii systemu (całościowo pojętej) edukacji i niedoskonałości sposobów oceniania i finansowania nauki.
Przestudiowanie tego dokumentu pozwala na stwierdzenie pewnych różnic w podejściu do poszczególnych problemów występujących w nauce amerykańskiej i polskiej, czy też europejskiej. Wynikają one nie tylko z odmiennej mentalności, ale także z innych rozwiązań systemowych, a co za tym idzie z odmiennej motywacji wstępowania i pozostawania na ścieżce kariery naukowej. Jest on jednak dobrym punktem wyjścia do systematycznego przeglądu tych aspektów pracy naukowej, które wystawiają na próbę moralność uczonych.

Punkt wyjścia
Równie dobrze jak do satysfakcji, prowadzenie badań naukowych może prowadzić do frustracji i rozczarowań. Eksperyment może się nie udać z powodu błędnego zaplanowania, komplikacji technicznych lub zdecydowanego oporu materii. Sprawdzenie zachęcającej hipotezy może wymagać miesięcy wysiłku i zakończyć się stwierdzeniem jej błędności. Koledzy mogą odmówić uznania poprawności danych doświadczalnych, interpretacji wyników lub nie dostrzec wykonanej pracy. Trudności takie są praktycznie niemożliwe do uniknięcia w nauce. Są zdolne zniechęcić zarówno początkującego, jak i doświadczonego badacza. Jednocześnie jednak walka z nimi może być bodźcem do istotnego rozwoju.
Rozwój naukowy i zmiany w relacji pomiędzy nauką a społeczeństwem tworzą nowe wyzwania dla społeczności badaczy. Liczba ludzi parających się nauką, jak i różnorodność ekscytujących tematów, rośnie szybciej niż dostępne środki finansowe, co wzmaga presję na system badań jako całość i jego najdrobniejsze elementy. Wysiłek badawczy staje się większy, bardziej złożony i kosztowniejszy, tworząc nowe sytuacje i relacje pomiędzy naukowcami. Sposób prowadzenia badań jest teraz bardziej kontrolowany i regulowany niż to było w przeszłości. Rola nauki w społeczeństwie staje się bardziej znacząca i złożona. Rodzi to duże ożywienie, ale też powoduje napięcia.
Dla ludzi nie związanych z nauką wielowątkowe przenikanie się współzawodnictwa, wzniosłości, frustracji i współpracy na obrzeżach badań naukowych wydaje się paradoksalne.
Zdobycze nauki przedstawiane są często jako wiedza ustalona i uniwersalna. Wyłania się ona jednak na drodze procesu, który jest w oczywisty sposób jak najbardziej ludzki, kształtowany przez jednostki, ich wartości, ograniczenia i kontekst społeczny. W jaki sposób ta ograniczona, narażona na błędy praca poszczególnych naukowców zamienia się w niewzruszony gmach wiedzy?

Relacje społeczne
Odpowiedzialne prowadzenie badań naukowych nie jest możliwe bez zrozumienia i zaakceptowania bogatego systemu relacji społecznych występujących w nauce. Nauka nie jest samowystarczalną, zamkniętą w sobie dziedziną życia. Przeciwnie, rozwój technologiczny i nauka wpływają na siebie wzajemnie, a tendencje występujące w społeczeństwie znajdują swoje odzwierciedlenie w kierunkach i sposobach prowadzenia badań. Wbrew popularnemu stereotypowi, nauka rzadko ma charakter samotnego poszukiwania prawdy.
Otwieranie nowych horyzontów łączy się coraz częściej z międzynarodową współpracą wielu naukowców i instytucji. Indywidualne wycieczki po obrzeżach wiedzy muszą być relacjonowane i poddawane ocenie społeczności naukowców. Każda z dziedzin nauki wypracowała własne kanony weryfikowania hipotez naukowych. Nowe pomysły i obserwacje podlegają najpierw krytycznej samoocenie, następnie hartowane są w niezliczonych filiżankach kawy, prześwietlane na seminariach i konferencjach. Tylko znikoma część trafia w ręce recenzentów, aby ewentualnie znaleźć się na szpaltach czasopism specjalistycznych. W ten sposób indywidualna wiedza staje się elementem naukowego obrazu świata. Społeczne mechanizmy obecne w nauce zapewniają jej prawidłowy rozwój, ich zaburzenie lub ignorowanie prowadzi do utraty wiarygodności.

Weryfikacja
Jednym z celów metody naukowej jest umożliwienie i ułatwienie niezależnej weryfikacji osiąganych wyników. Przedstawianie wyników w sposób utrudniający lub wykluczający sprawdzenie ich powtarzalności daje małe szanse na ich zaakceptowanie przez społeczność naukową. Wymagane jest poprawne użycie metod statystycznych, uwzględnianie okoliczności mogących wpływać na uzyskany wynik, respektowanie ogólnie akceptowanych metod analizy danych. Zwłaszcza sondowanie nieznanego wymaga szczególnej rozwagi.
Pierwsza obserwacja nowego fenomenu jest przeważnie dokonywana na granicy czułości stosowanej techniki eksperymentalnej. Często konieczne jest użycie nowych, nie sprawdzonych jeszcze metod. W takim przypadku uczony powinien opisać wykorzystywaną procedurę w sposób nie budzący wątpliwości, z uwzględnieniem wszystkich, nawet potencjalnie nieistotnych szczegółów.
Napotkanie nowego zjawiska może być źródłem różnego rodzaju błędów. W większości przypadków obserwowany efekt znajduje wyjaśnienie w postaci nieuwzględnionego wpływu zewnętrznego, lub statystycznej fluktuacji. Powstrzymuje to wielu badaczy przed publikowaniem lub nawet zgłębianiem nieoczekiwanego zjawiska. Postawie takiej "zawdzięczamy" istnienie promieni Roentgena zamiast promieni Lenarda lub promieni Crookesa.
Odmiennym, błędnym podejściem jest nadmierne pragnienie dokonania wielkiego odkrycia. Zwłaszcza w powiązaniu z uchybieniami proceduralnymi. W latach 1927-1934 angielski fizyk M.E.J. Ghuery de Braya utrzymywał, że prędkość światła maleje w tempie 4km/s na rok, pomimo że obserwowana zmiana mieściła się w granicach błędów pomiarowych. De Bray nie tylko nie brał tych błędów pod uwagę, ale pominął wyniki nie pasujące do jego teorii.

Kryteria interpretacji
Umiejętność podejmowania właściwych decyzji w nauce nabywana jest w znacznej mierze poprzez podpatrywanie bardziej doświadczonych adeptów nauki, czy to dzięki osobistym kontaktom, czy też za pomocą poznawania historii nauki. Resztę dopełnia uczenie się na własnych błędach. Często ludzie nie związani z nauką (a także sami naukowcy) oczekują od nauki znalezienia praw rządzących światem. Według nich, wiele takich praw już znaleziono, chociaż pojawiają się nowe teorie, które obalają stare. Mechanikę Newtona, na przykład, uważa się za obaloną przez teorię względności z jednej strony, a mechanikę kwantową z drugiej. Ludziom wydaje się, że doskonale wiedzą, co to jest elektron, albo w jaki sposób myśl zamienia się w napisane na papierze zdanie.
W rzeczywistości nauka może jedynie efektywnie opisywać świat, z każdorazowym określaniem zakresu ważności takiego opisu. Nowe teorie zamiast obalać, zastępują stare tam, gdzie kończy się domena ich poprawności. Bywa, że stare teorie odżywają w doskonalszej postaci.
Prymitywna teoria kinetyczna, tłumacząca zjawisko ciepła związane z ukrytym ruchem wewnętrznym, została zastąpiona hipotezą istnienia fluidu ciepła -- cieplika, wypartą przez doskonalszą formę teorii kinetycznej, w kwantowej wersji, w której pojawiły się fonony, pseudocząstki wykazujące pewne cechy fluidu ciepła. Oczywiście zdarzają się hipotezy całkowicie błędne, ale nie dotyczy to teorii takich, jak mechanika Newtona, która jest w pełni poprawna i nadal stosowana, dopóki nie są rozważane prędkości porównywalne z prędkością światła, wpływ silnych pól grawitacyjnych lub mikroskopowe odległości, kiedy do opisu używamy odpowiednio szczególnej i ogólnej teorii względności, albo mechaniki kwantowej. Teorie te jednak również mają ograniczony zakres stosowalności, choć w zasadzie nie znamy jeszcze faktów z nimi sprzecznych.
Tak jak przewidujemy kolejny wschód słońca na podstawie zaobserwowanej powtarzalności tego zjawiska, tak potrafimy przewidzieć widmo energetyczne elektronów powstających w rozpadach promieniotwórczych, czy wpływ terapii na organizm pacjenta. Na podstawie wykopalisk wnioskujemy o kulturze wymarłej cywilizacji, ale nigdy nie uzyskamy potwierdzenia całkowitej pewności naszej teorii. Wynika to z prostej przyczyny niemożliwości wyrokowania o "niemożliwości" metodami naukowymi. Nigdy nie będziemy w stanie powiedzieć, że wiemy, czego nie wiemy.
Właśnie z faktu istnienia nieskończonej liczby potencjalnych hipotez wynikają kryteria wyboru najlepszych teorii. Po pierwsze, hipoteza powinna być "operacyjnie poprawna", to znaczy prowadzić do powtarzalnego i niesprzecznego opisu. Po drugie, musi być zgodna ze znanymi faktami dotyczącymi zakresu jej stosowalności. Są to warunki wystarczające do stwierdzenia poprawności, ale nie stanowią o użyteczności teorii. Aby nowy opis był przydatny z punktu widzenia nauki, musi mieć moc przewidywania nowych oraz porządkowania znanych faktów. Znakiem znalezienia użytecznej teorii jest często jej prostota i elegancja. Dlatego rzetelność naukowa wymaga powstrzymania się przed formułowaniem hipotez, z których nic nie wynika, jak też nie propagowania egzotycznych wyjaśnień, dopóki istnieje szansa na znalezienie standardowego rozwiązania. Z drugiej strony jednak nie można a priori odrzucać użytecznej (w wyżej zdefiniowanym sensie) teorii tylko z powodu jej niezgodności z naszymi wyobrażeniami o rzeczywistości.
Przykładem niebezpieczeństw związanych ze zbyt pochopnym formułowaniem hipotez może być historia L.M. Stephensona, który analizując pod koniec lat sześćdziesiątych wcześniejsze o kilkadziesiąt lat (ale najbardziej wtedy precyzyjne) pomiary stałej grawitacyjnej, opublikowane przez Heyla i Chrzanowskiego, dostrzegł istotną statystycznie korelację wyników z porami roku. Wysunął hipotezę o zmienności "stałej" grawitacyjnej, która nie została potwierdzona przez późniejsze pomiary. Zupełnie niedawno, dzięki przenikliwości Perryego R. Stouta okazało się, że obserwowane odstępstwa były skorelowane nie tyle z porami roku, co ze zmianą gęstości gruntu (w sąsiedztwie aparatury pomiarowej) związanej ze stopniem nasączenia wodą pochodzącą z opadów atmosferycznych.
Przykładem błędu wynikającego ze zbytniego konserwatyzmu w nauce, może być natomiast przedstawiony w 1772 roku Akademii Nauk w Paryżu memoriał uczonych (podpisany m.in. przez Antoine Lavoisiera), w którym stwierdzono, że spadki "kamieni z nieba" są niemożliwe.

Konflikt interesów
Prawdziwym egzaminem uczciwości naukowca jest sytuacja , w której staje on przed wyborem pomiędzy rzetelnością a własną korzyścią. Naukowcy, jak i wszyscy, często stają przed trudnym problemem uczciwego rozgraniczenia pomiędzy zachowaniem mieszczącym się jeszcze w zdrowo pojętej rywalizacji a zachowaniem nierzetelnym. Szczególne napięcie pojawia się tam, gdzie finansowanie nauki jest zdominowane przez koncerny przemysłowe, których naturalnym celem działania jest maksymalizacja zysków. Dobrym przykładem takiej dziedziny, jest poszukiwanie i testowanie nowych lekarstw. Patogenne jest w szczególności łączenie pracy dla konkretnej organizacji komercyjnej z opiniowaniem lub testowaniem nowych produktów z danej dziedziny w ramach funkcji pełnionych w instytucji czysto naukowej. Czy można wtedy wierzyć w bezstronność znajdującego się w takiej sytuacji badacza?
Jedynym prawidłowym rozwiązaniem jest niedopuszczanie do jej powstania. To odpowiednie zadanie dla instytucji powołanych do kontroli rzetelności naukowej.

Praktyka publikacji
Nauka nie jest doświadczeniem indywidualnym. Jest wiedzą wspólną opartą na powszechnym zrozumieniu pewnych aspektów świata fizycznego lub społecznego. Pogłębienie zrozumienia rzeczywistości dokonuje się poprzez poddawanie powszechnej ocenie doświadczeń fizykalnych lub intelektualnych pojedynczych podmiotów naukowych poszukiwań.
Nauka nowożytna wytworzyła solidny system weryfikacji i rozpowszechniania dokonań naukowych. Każda dziedzina ma swój indywidualny obyczaj i koloryt, które są jednak tylko wariantami ogólnie przyjętego standardu. System ten tkwi swymi korzeniami w końcu XVII wieku. Jego ojcem był Henry Oldenburg, sekretarz londyńskiej Royal Society. Zdołał pokonać obawę współczesnych mu naukowców co do możliwości utraty uznania ich pierwszeństwa w wyniku rozpowszechniania uzyskanych wyników. Dokonał tego umożliwiając szybkie publikowanie w piśmie towarzystwa Philosophical Transactions oraz oficjalne opowiadanie się towarzystwa po stronie autora w przypadku kwestionowania jego pierwszeństwa. Oldenburg był również pionierem praktyki recenzowania nadsyłanych prac przez ekspertów w celu oceny ich jakości. Stąd wywodzi się powszechnie uznawana w środowisku naukowym praktyka publikowania wyników w recenzowanych periodykach naukowych. Drobiazgowe cytowanie, podziękowania, kolejność występowania nazwisk na liście autorów, to co może być dla niewtajemniczonych mało istotnym niuansem, jest podstawą systemu oceniania naukowców przez ich środowisko. Należy jednak zaznaczyć, że istotne różnice występujące pomiędzy nawet bardzo zbliżonymi gałęziami wiedzy, istotnie ograniczają możliwość porównywania dokonań ich adeptów poprzez użycie takich prostych mierników jak liczba publikacji czy współczynnik cytowań. Tradycja nie zawsze nadąża za rozwojem metod prowadzenia badań naukowych, zwłaszcza w dziedzinach, takich jak fizyka cząstek elementarnych czy oznaczanie sekwencji genowych, gdzie w pojedynczy eksperyment, trwający nawet ponad dziesięć lat, angażują się zespoły liczące po kilkuset badaczy. Zostawiając na później problem wyraźnych nadużyć (patrz aspekt siódmy) sytuacja ta prowadzi do szeregu patologii, związanych z drogami awansu w dzisiejszej nauce i sposobami jej finansowania. Jeżeli systemy wartociowania nie są adekwatne do stanu organizacji badań, naukowcy znajdują rozwiązania podnoszące ocenę ich dokonań w ramach takiego systemu. Prowadzi to do dewaluacji wartości, na których struktura rozpowszechniania wyników jest oparta. Ułatwia życie badaczom poślednim lub nieuczciwym, utrudnia, albo zniechęca rzetelnych i zdolnych.
Szczególnie zagrożeni są wstępujący na ścieżkę kariery naukowej. Zrozumienie subtelnych niuansów "obrzędu" obowiązującego w ich dziedzinie może zająć dużo czasu. Dla części młodych naukowców, zwłaszcza tych ogarniętych młodzieńczą pasją poznawania świata, olśnienie przychodzi za późno. W efekcie ich wysiłek może pozostać niedostrzeżony, praktycznie niemożliwy do pełnego udokumentowania. W najlepszym przypadku pozostaje to niezapomnianą lekcją na przyszłość, w najgorszym prowadzi do zniechęcenia i rezygnacji lub odrzucenia rzetelności jako podstawowej wartości w nauce. Bywa też odwrotnie. Młody naukowiec może uważać poczynioną przez niego (w ramach programu badań jego grupy) obserwację, mającą istotny wpływ na dokonane przez grupę odkrycie, za swoją wyłączną własność. Dobrym rozwiązaniem, praktycznie eliminującym oba wyżej wspomniane niebezpieczeństwa, jest odpowiednio wczesne wprowadzenie nowicjusza w niepisany "rytuał".
Pozostaje jeszcze do rozpatrzenia przeciwstawność otwartości w prowadzeniu badań z potrzebą zapewniania pewnej wyłączności w korzystaniu z ich owoców. Postęp dokonuje się na drodze nieskrępowanej wymiany poglądów, ale ich formułowanie, sprawdzanie i wreszcie odkrywanie bezpośrednich implikacji -- wymaga czasu. Problem ten jest szczególnie nabrzmiały w przypadku nakładania się kwestii finansowych czy prestiżowych na badania w dziedzinie szczególnie istotnej dla podniesienia poziomu lub ratowania życia ludzkiego. W nauce współpraca i rywalizacja wyst"epują równocześnie tak jak w przypadku ucieczki z peletonu kolarskiego. Prowadzi to do szeregu nieporozumień, które mogą, lecz nie muszą być przejawem patologii. Stąd wzięła się opinia kontrowersyjnego wirusologa Roberta C. Gallo, współodkrywcy wirusa HIV (którego oczyszczono z zarzutów nadmiernej rywalizacji w wyniku kilkuletniego śledztwa), że "w nauce nie można liczyć na pełne współdziałanie, a ludzie, którzy tego nie rozumieją są ignorantami".

Pomyłki i zaniedbania
W nauce zdarzają się błędy wynikające z ludzkiej słabości. Uczeni nie dysponują nieograniczonym czasem ani nie mają dostępu do nieograniczonych środków. Nawet najbardziej rzetelny badacz może się mylić. Istotna jest postawa badacza po wykryciu takiej pomyłki. Pozytywnym przykładem może być zachowanie A. Einsteina, który natknął się w lecie 1922 roku na pracę A. Friedmana wskazującą na możliwość rozwiązania jego (Einsteina) równania bez użycia tzw. członu kosmologicznego -- co prowadziło do opisu ewoluującego wszechświata. Był przekonany, że praca jest błędna i natychmiast dał temu wyraz w niezwykle krótkiej publikacji. Po dziewięciu miesiącach zorientował się, że sam popełnił błąd rachunkowy i opublikował równie krótkie oświadczenie, stwierdzające poprawność pracy Friedmana.
Społeczność naukowa zdecydowanie bardziej negatywnie traktuje błędy wynikające z zaniedbania. Pośpiech, niedokładność, nieuwaga i wiele temu podobnych uchybień może prowadzić do obniżenia zaufania do poszczególnych naukowców, wyników publikowanych w ich dziedzinie, czy też nauki jako całości. Wprowadzając możliwe do uniknięcia błędy, niestaranny lub nieuważny naukowiec może spowodować duże szkody. Nawet jeżeli błędy zostaną w końcu dostrzeżone i poprawione, wymaga to miesięcy, a nawet lat niepotrzebnego wysiłku. Nie wolno zapominać o kredycie zaufania, jaki udzielany jest każdemu opublikowanemu wynikowi. Bez tego zaufania postęp w nauce stanąłby pod znakiem zapytania, a każda niestaranność wystawia je na ciężką próbę.

Kłamstwa i oszustwa
Oprócz pomyłek i zaniedbań mamy jeszcze trzecie źródło błędów: kłamstwa i oszustwa. Są to najcięższe uchybienia przeciw nauce. Na poziomie publikacji możemy spotkać się z fabrykacją i falsyfikacją własnych oraz podszywaniem się pod cudze wyniki. Podobne uchybienia mogą pojawić się na poziomie sprawozdawania i recenzowania wyników pracy naukowej. Warto podkreślić, że tego typu nadużycia, choć absolutnie naganne, nigdy nie znikną całkowicie. Dlatego należy dążyć do eliminowania powodów, dzięki którym uczonym "opłaca się" oszukiwać, lub oszustom "opłaca się" zostawać naukowcami.

Reakcje
Naukowcy często odkrywają przejawy nierzetelności w swoim otoczeniu. Rzadko jednak nie są w taką sytuację bezpośrednio zaangażowani. Zauważone uchybienia mogą dotyczyć najbliższych współpracowników, ludzi od których opinii zależy dalsza kariera naukowa, lub patologicznych zwyczajów panujących w danej dziedzinie czy grupie badawczej. Bardzo często dostępne są tylko wątłe poszlaki, możliwe do sprawdzenia jedynie przy pomocy rzucenia na szalę całego swojego autorytetu lub podważeniu wzajemnego zaufania. Odróżnienie błahostki od groźnej choroby jest bardzo trudne. Zdobycie się na podjęcie kuracji może być jeszcze trudniejsze.

Konsekwencje społeczne
Nawet najbardziej rzetelna praca naukowa nie jest wolna od potrzeby rozpatrzenia jej potencjalnego wpływu na społeczeństwo. Nawet najbardziej fundamentalne badania mogą mieć w przyszłości olbrzymie konsekwencje. Nie zawsze można je przewidzieć. Historia dowodzi niezwykłej pomysłowości ludzi w wykorzystywaniu wirtualnie wszystkiego do złych celów. Moim zdaniem, postawa zaniechania dochodzenia do prawdy, z obawy przed ewentualnymi jej konsekwencjami, nie jest optymalna. Istnieje jednak granica pomiędzy dochodzeniem do prawdy a wcielaniem w życie wszystkich implikacji wynikajacych z jej poznania. Na naukowcach ciąży obowiązek pełnego i uczciwego informowania społeczeństwa o możliwych konsekwencjach prowadzonych przez nich badań.

Specyfika polska
Twierdzę, że o ile nauka polska jest dość podobna na przykład do francuskiej, o tyle amerykańska różni się od obydwu. Nie wdając się w szczegóły, za oceanem uczeni od samego początku kariery naukowej są zobligowani do brania pełnej odpowiedzialności za pewien określony fragment badań i przyzwyczajają się do precyzyjnego określania własnego wkładu naukowego oraz oceniania innych na tej samej podstawie. W Europie, a w szczególności w Polsce, świadomość osobistego celu prowadzenia badań jest zdecydowanie mniej jasna.
W USA istnieje bardzo sformalizowana administracja nauki, która pozwala jednak na optymalne dysponowanie przyznawanymi funduszami. U nas swoboda w dysponowaniu funduszami (po pokonaniu pierwszego generalnego problemu -- braku funduszy) jest w znacznym stopniu utrudniona. Który system jest lepszy? Żaden nie jest idealny i nigdy takiego nie będzie.
Sądzę, że finansowanie polskiej nauki nie wpływa pozytywnie na moralność naukowców. Nie chodzi tutaj o możliwość jego podniesienia w przypadkach konkretnych uczonych przez jakieś zmiany organizacyjne. To nie jest możliwe.
Nauka polska, podobnie jak szkolnictwo i służba zdrowia, jest dziedziną, w której wyraźnie zaznacza się negatywna selekcja do zawodu. Sytuacja, w której przeciętny naukowiec nie jest w stanie zapewnić sobie normalnej egzystencji przy pomocy dobrze wykonywanej pracy, przyciąga większy niż w innych krajach procent nieudaczników lub ludzi nieuczciwych. Gorzej, często stają się takimi dopiero po pewnym okresie "terminowania".
Czy takie patologie nie występują za oceanem, albo w bardziej cywilizowanych regionach Europy?
Oczywiście występują, ale są marginalne, stanowią wątpliwej wartości folklor. Czy u nas są dominujące? Też (chyba) nie, ale widoczne i, o zgrozo, zgodne ze współczesnym stanem wiedzy o mechanizmach społecznych. I jeszcze jedno -- to nie jest tak, "ze są wśród nas herosi poruszający się wbrew ogólnemu prądowi miernoty. Linia podziału pomiędzy postawą moralną i niemoralną przebiega przez sumienie każdego z nas.

Prawo do błędu?
Naukowcy mają prawo popełniać błędy. Jeżeli nie starają się takiej możliwości eliminować lub świadomie mijają się z prawdą to dlatego, że są poddani wpływom różnego rodzaju lęków. W niczym nie zmienia to naganności takiej postawy, ale tylko przez zrozumienie mechanizmu jej powstawania prowadzi droga do znalezienia kuracji. Ludzie boją się, że mówiąc prawdę, całą prawdę i tylko prawdę mogą coś stracić lub czegoś nie zyskać. Jak każdy lęk, jest to uczucie, w które natura wyposażyła nas po to, aby ostrzegać przed potencjalnym niebezpieczeństwem i umożliwić odruchowe jego unikanie.
Przeniesienie tego mechanizmu na sferę wyborów moralnych prowadzi jedynie (nie tylko naukowców oczywiście) do pogłębiania się w matni lęków. Łatwo o tym pisać, trudno przeciwdziałać, nawet we własnym życiu. Ze społecznego punktu widzenia, skutecznym może być zastąpienie fałszywych lęków tym jednym prawdziwym: lękiem przed nierzetelnością. Tylko jak to zrobić? Nie ma jednej recepty, ale można próbować odnajdywać warte propagowania postawy i rozwiązania systemowe. Moim zdaniem, jedynym skutecznym lekarstwem jest powrót do normalności, oparcie się na prawdzie. Nauka jest nadal dziedziną "bardziej moralną" od innych przejawów ludzkiej aktywności, gdyż zajmuje się odnajdywaniem prawd obiektywnych. Ze swej definicji są one sprawdzalne. Właśnie nieuchronność kary za sprzeniewierzenie się rzetelności powstrzymuje "ciemną stronę" nauki. Gdy takiej świadomości zabraknie -- nie pomogą żadne apele do sumień
badaczy. Jaka może być rola samych naukowców w uzdrawianiu stosunków w nauce? Uczeni podobni są trochę do aktorów, ale grających w teatrze bez publiczności, która dowiaduje się o nich tylko za pomocą krytyków. Obecność publiczności jest pewnie stresująca, ale właśnie dlatego ma działanie oczyszczające. To co może prześliznąć się w kulisach, ma małe szanse przetrwania w ostrych światłach rampy. Jaka stąd płynie rada dla nas naukowców? Jeśli nie chcą nam płacić w teatrze, to wyjdźmy do ludzi na ulicę. Groźnie zabrzmiało, ale daleki jestem od propagowania strajków czy marszów głodowych. Po prostu ludzie, na poziomie egzystencjalnym, nie rozumieją, że jesteśmy im potrzebni. Nie chodzi tu tylko o zwykłych obywateli, ale także, a może przede wszystkim o polityków.
Przypomina mi się anegdota dotycząca SSC -- amerykańskiego projektu superakceleratora, wstrzymanego przez Kongres USA w 1994 roku. Kiedy jednemu z autorów projektu zadano na konferencji prasowej pytanie, w jaki sposób SSC podnosi stopień obronności USA odpowiedział, że "nie podnosi, ale sprawia, że są one warte obrony".
Czy świadomość korzyści płynących z finansowania badań naukowych mogłaby coś zmienić? Jestem pewien, że tak. Czy można ją w sobie i w społeczeństwie wykształcić? Mam nadzieję, że tak i jestem przekonany, że nie wolno tego zaniechać. Jak to zrobić? To chyba osobny temat.

Piotr Zalewski


Z inspiracji: "On Being A Scientist: Responsible Conduct in Research", The Commit tee on Science, Engineering and Pub lic Policy (USA; wspólny Komitet National Academy of Sciences, Na tional Academy of Engineering i In stitute of Medicine), National AcademPress 95/24/01 http:/ /www.nap. edu/nap/online/obas

Część anegdot pochodzi z książki Andrzeja K. Wróblewskiego "Prawda i mity w fizyce", wydanie drugie, wydawnictwo Iskry, Warszawa 1987.