ul. Wspólna 1/3 
00-529 Warszawa 53

Prof. Michał Kleiber
Minister Nauki
Przewodniczący Komitetu Badań Naukowych

Finansowanie nauki -  kto, komu, za co? 1

Bardzo rzadko, na szczęście, są dzisiaj wyrażane poglądy demonizujące czy choćby pomniejszające znaczenie nauki we współczesnym świecie. W krajach rozwiniętych, nie wyłączając Polski, szeroka opinia publiczna wydaje się nie mieć wątpliwości, że racjonalna polityka państwa mająca zapewniać szybki postęp cywilizacyjny i wzrost gospodarczy może być realizowana wyłącznie przy szerokim udziale badań naukowych i prac rozwojowych (tzw. sektora B+R). Pozytywne doświadczenia wielu krajów nie pozostawiają miejsca na jakiekolwiek wątpliwości w tym względzie. Czy jednak w przypadku naszego kraju konsekwencje wynikające z tego stanu rzeczy dawały się zauważyć w polityce ostatniej dekady?

Już choćby pobieżny rzut oka na statystyki wskazuje, że tak nie było. Wystarczy przytoczyć jeden fakt - część produktu krajowego brutto przeznaczana na badania naukowe i naukowo-rozwojowe ze środków budżetowych i pozabudżetowych wynosi obecnie w Polsce 0.64%, podczas gdy np. w Japonii 3.1%, w USA 2.8%, w krajach Unii Europejskiej średnio 2.0%, w Słowenii 1.5%, zaś w Czechach 1.2%. Porównanie innych wskaźników uznawanych powszechnie za ściśle związane z efektywnością prowadzenia badań naukowych, takich jak np. udział produktów wysokiej technologii w eksporcie wyrobów przemysłowych, nakłady finansowe na jednego badacza, liczba wniosków patentowych na milion mieszkańców czy odsetek szkół różnych typów mających szybki dostęp do Internetu wypada w Polsce równie przygnębiająco. Cywilizacyjne i gospodarcze znaczenie tej ewidentnej rozbieżności pomiędzy ugruntowanymi przekonaniami wielu Polaków na temat badań naukowych jako czynnika rozwoju a realizacją tych przekonań przez kolejne rządy jest niezwykle znamienne. W istocie rozwikłanie tego dylematu uznać można zapewne za najważniejsze zadanie dla wszystkich tych, którym leży na sercu kształt przyszłej Polski.

Rozpocznijmy naszą dyskusję od stwierdzenia, że niewątpliwie cały szereg elementów warunkujących rozwój badań naukowych w Polsce ma charakter zewnętrzny dla tego sektora życia publicznego. W pierwszej kolejności należy tu wymienić strukturę budżetu państwa. Ze względu na zakres nienaruszalnych, uwarunkowanych historycznie wydatków ciążących na budżecie, obecne możliwości działania na rzecz rzeczywistego unowocześnienia państwa są niestety niewielkie. Kłopoty budżetowe są także jednym z głównych powodów niskiego finansowania badań ze środków pozabudżetowych. Aby zachęcić przedsiębiorców do odważnego inwestowania w unowocześnienie swojej produkcji niezbędne są bowiem, sprawdzone w wielu krajach, działania, takie jak: podniesienie kwoty środków wydanych na B+R, możliwej do odpisywania przez przedsiębiorstwo od podstawy opodatkowania, prosty dostęp do tzw. kapitału wysokiego ryzyka, z którego finansować można przedsięwzięcia innowacyjne z natury rzeczy obarczone wysokim ryzykiem czy tworzenie tzw. inkubatorów przedsiębiorczości i parków technologicznych. Wszystkie te działania wymagają albo znacznych środków finansowych na wstępie albo wiążą się ze zmniejszonymi wpływami do budżetu w początkowym okresie ich realizacji. Zapowiadane przez Ministerstwo Finansów zasadnicze zmiany w konstrukcji budżetu już na rok 2004 są oczywistym zwiastunem nowych szans dla działalności badawczo-rozwojowej. Aby te, i inne - o których za chwilę - szanse stały się rzeczywistością środowisko naukowe w Polsce musi zdobyć się jednak na głęboką refleksję nad stanem polskiej nauki. Potencjał rozwojowy tego środowiska, jego aspiracje oraz dotychczasowe, często znaczące osiągnięcia nie zwalniają bowiem od krytycznej refleksji na temat przyszłości. Refleksji potrzebnej choćby ze względu na obserwowany obecnie dynamizm rozwojowy nauki i zmieniające się sposoby prowadzenia badań na świecie.

Jakie są charakterystyczne cechy współczesnych systemów prowadzenia badań naukowych, które powinny być uwzględnione w naszej dyskusji? Wymieńmy parę z nich - tych, które w sposób najbardziej znaczący wpływają na metody finansowania badań.

Jak powiedzieliśmy, należy uznać za udowodnione zarówno w teorii jak i w praktyce, że prowadzenie własnych, racjonalnie zaplanowanych badań jest dzisiaj ważnym elementem cywilizacyjnego i gospodarczego rozwoju kraju. Dodajmy jednak, że elementem z pewnością nie wystarczającym. Tylko harmonijne wykorzystywanie synergicznego efektu tworzonego przez wzajemne oddziaływanie krajowego systemu finansowo-prawnego determinującego sposoby prowadzenia działalności gospodarczej, poziomu edukacji, istniejącej wiedzy i techniki, w tym infrastruktury informatycznej, mechanizmów wchłaniania innowacji przez przemysł oraz właśnie działalności badawczej, stwarza rzeczywiste warunki do szybkiego rozwoju kraju. W połączeniu ze znanym faktem obserwowanego dzisiaj szaleńczego tempa rozwoju nauki oraz jej głęboko multidyscyplinarnym i międzynarodowym charakterem, a także wysokim kosztem prowadzenia badań, pierwsza nasza konkluzja jest oczywista - prowadzenie badań naukowych stało się procesem o niezwykłej złożoności, tak merytorycznej jak i organizacyjnej.

Zauważmy dalej, że w przeszłości kluczowym elementem rozwoju nauki były badania prowadzone przez pojedynczych (lub pracujących w małych, bazujących na koleżeńskich układach grupach) badaczy, rozwijających tematykę kształtowaną przez własne zainteresowania i zatrudnionych w wielkich uniwersytetach lub laboratoriach badawczych. Milcząco zakładano, że w warunkach tak rozumianej wolności twórczej zdolny badacz osiągnie rezultaty i tak z zasady przydatne społecznie - fakt, iż nie wiadomo było dokładnie, czego one będą dotyczyły, nikogo specjalnie nie martwił. System takiego, powiedzmy tradycyjnego prowadzenia działalności badawczej można by w szerszym, społecznym wymiarze określić słowem 'liniowy': badania podstawowe -> badania stosowane -> prace rozwojowe -> wdrożenia, przy czym oczywiście nie wszystkie osiągnięcia w zakresie badań podstawowych wywoływały cały ciąg następstw aż do wdrożeń włącznie.

Doświadczenia z ostatnich dziesięcioleci zakłóciły ten dla wielu z nas naturalny obraz prowadzenia badań. Spośród tych doświadczeń wymieńmy: ogromny przyrost zakresu prowadzonych badań i ich kosztu oraz stały i szybki postęp w zakresie praktycznego wykorzystania rezultatów badawczych. W efekcie tego procesu priorytet w procesie społecznego tworzenia i wykorzystywania wiedzy przesunął się ze strony uczonych w stronę szeroko rozumianego rynku. Towarzyszyła temu krytyka postępującego odrywania się zainteresowania uczonych od potrzeb społecznych, marnotrawstwa publicznych środków przez wielkie, zbiurokratyzowane instytucje badawcze czy braku zobiektywizowanych metod oceny osiągnięć naukowych. Dodać do tego należy fakt, iż mniej więcej od początku lat osiemdziesiątych dynamizm rozwoju nauki (mierzony wzrostem nakładów na badania, liczby naukowców czy liczby publikacji) znacznie się zmniejszył. Nietrudno to zrozumieć - z czysto demograficznych powodów niemożliwe stało się podwajanie osiągnięć nauki co 10 - 15 lat, co w przybliżeniu miało miejsce w ostatnich 300 latach. Gdyby badania naukowe miały utrzymać takie tempo rozwoju także w przyszłości, to już wkrótce wszyscy mieszkańcy globu zajęci byliby pisaniem prac naukowych, co zaiste nie jest atrakcyjną wizją przyszłości świata! Pamiętajmy jednak, że każde badania, lepiej czy gorzej odpowiadając na postawione przez badacza pytania, otwierają znacznie więcej problemów do przyszłych badań - problemów częstokroć intrygujących, ważnych, wręcz domagających się kontynuacji prac. Widać więc wyraźnie, że selekcja tematyki badawczej staje się nieuchronna - tylko niektóre kierunki badań mogą być kontynuowane, rozwój zaś innych, uznanych za mniej kluczowe, musi zostać zahamowany. Nauka staje się coraz bardziej selektywna - każde państwo musi mieć dobrze zorganizowany system podejmowania decyzji w tym zakresie, tym bardziej, że proces tworzenia współczesnej wiedzy naukowej staje się coraz bardziej niejednorodny i trudny do racjonalnej koordynacji.

Ważnym elementem współczesnego procesu badawczego jest zdolność do agregacji różnorodnych elementów wiedzy tworzonej w różnych zespołach, nie tylko akademickich, w sensie geograficznym często bardzo od siebie oddalonych (z reguły położonych w różnych krajach!). Więź organizacyjną zapewniają podpisywane coraz częściej przez wszystkich uczestników precyzyjne kontrakty (zadanie niekiedy bardzo skomplikowane, wymagające głębokiej wiedzy prawnej, w szczególności w zakresie praw do własności intelektualnej) oraz sieci komputerowe. W procesach takich wielkie znaczenie mają specjaliści o wiedzy wykraczającej poza jedną, tradycyjną dyscyplinę naukową, zdolni do integrującego spojrzenia na duże obszary badawcze. Mówimy wtedy o tworzeniu się badawczych wspólnot problemowych (w odróżnieniu od wspólnot dyscyplinowych, typowych dla tradycyjnego modelu uprawiania badań naukowych). Aby uzyskać znaczące wsparcie ze środków budżetowych uczestnicy projektu badawczego muszą często wykazywać szerokie zainteresowanie dla społecznych aspektów proponowanych badań. Będzie to oznaczać częstokroć konieczność uwzględnienia w badaniach (i ich ocenie) elementów i interesów grup tradycyjnie znajdujących się poza światem nauki (na przykład ekologów lub przeciwników prowadzenia eksperymentów na zwierzętach), a także zaakceptowania wpływu na zakres prowadzonych badań ich potencjalnych odbiorców - firm i korporacji, oraz społeczeństwa jako takiego, reprezentowanego przez decydentów dysponujących publicznymi środkami finansowymi.

Przy takim rozumieniu nauki w oczywisty sposób rośnie rola sprawnego zarządzania procesem badawczym. Kierownicy grup badawczych, rektorzy uczelni i dyrektorzy laboratoriów stają się prawdziwymi menadżerami nauki. Jeszcze niedawno określenie 'organizator pracy badawczej' odbierane było przez wielu uczonych jako wyraźnie pejoratywne - dzisiaj rola badaczy o takim profilu zainteresowań jest często kluczem do sukcesu naukowego całych instytucji badawczych. Tak rozumianej zmianie kontekstu uprawiania nauki towarzyszyć musi nieufność uczonych - jakże bowiem nie być podejrzliwym wobec procesu kwestionowania nadrzędności autonomicznych wartości poznawczych nauki?! Czy uzupełnienie ich (bo przecież, powiedzmy dobitnie, nie zastąpienie!) wartościami pragmatyczności i opłacalności nie prowadzi do degradacji nauki w samej jej istocie? Na tak postawione pytanie nie ma dzisiaj do końca przekonywującej odpowiedzi - należy tylko żywić przekonanie, że lepsze krótkoterminowe 'dopasowanie' profilu prowadzonych badań do oczekiwań społecznych i gospodarczych zaowocuje szybkim wzrostem przychylności dla badań w ogóle. A rozbudzone potrzeby i wiara w przydatność badań naukowych spowodują zwiększone finansowanie badań ze środków publicznych, szybko rekompensując 'straty' poniesione przez badaczy w wyniku ograniczenia ich pełnej swobody badawczej.

W krajach rozwiniętych wyraźnie widać, że ciężar badań w wielu dziedzinach, w szczególności w humanistyce i naukach społecznych, spoczywa na uczelniach. Uczelnie muszą w istocie prowadzić badania we wszystkich możliwych do pomyślenia dyscyplinach - jest to po prostu niezbędne ze względu na potrzeby związane z jakością procesu edukacyjnego. Jednocześnie widać równie wyraźnie, że pewien typ przedsięwzięć badawczych i badawczo-rozwojowych, szczególnie mających charakter multidyscyplinarnych mega-projektów, kosztownych i wymagających dużej koncentracji badaczy i aparatury, musi być realizowany w warunkach instytucji nieakademickich. Olbrzymią rolę odgrywają oczywiście także laboratoria działające w strukturach dużych firm oraz podejmowane doraźnie prace badawczo-rozwojowe w przedsiębiorstwach małych i średnich. Ta organizacyjna różnorodność sektora badawczego nie zmienia w najmniejszym stopniu faktu, że współdziałanie uczelni z instytutami badawczymi i laboratoriami przemysłowymi z jednej strony, a przedsiębiorstwami z drugiej, jest wszędzie warunkiem skuteczności działania całego systemu nauki.

Każdy uczony prowadzący badania powinien mieć obowiązek przedstawienia instytucji finansującej wyników swoich prac - zgodnych z zamierzonym celem i wykonanych efektywnie. W praktyce oznacza to poddanie się procesowi rzetelnej ewaluacji (oceny) przedstawionych wyników - procedury bolesnej, ale z pewnością niezbędnej. Tak rozumiana rozliczalność badań naukowych, z pewnością przekonywująca dla menadżerów nauki, z tych samych powodów niekoniecznie budzi entuzjazm samych uczonych. Przedkłada ona bowiem niekiedy instrumentalne cele nauki nad jej cele poznawcze i w konsekwencji może ograniczać oryginalność prowadzonych badań.

Społeczna kontrola sposobu wykorzystywania przez uczonych publicznych pieniędzy jest trudna, bowiem prowadzone badania są coraz mniej zrozumiałe dla finansujących je społeczeństw. Teza ta nie wymaga szerszego rozwinięcia - zgodzi się z nią każdy, kto próbował bez powodzenia zrozumieć istotę wielu ważnych osiągnięć współczesnej nauki. Zauważmy, że proces 'odrywania' się nauki od percepcyjnych możliwości olbrzymiej większości społeczeństwa (także tej z wyższym wykształceniem) zachodzi, niejako paradoksalnie, przy stale zmniejszającym się okresie dzielącym nowe teorie od praktycznego wykorzystania. Ludzie nie utożsamiają jednak (niestety) pojawiających się udogodnień z osiągnięciami naukowymi (jakże rozległe badania naukowe były potrzebne do tego, żeby dzisiaj móc powszechnie używać np. telefonów komórkowych, Internetu czy współczesnych technik diagnozowania medycznego!) - stają się tylko coraz bardziej bezbronni wobec komplikacji otaczającego ich świata. Coraz mniejsza jest przy tym liczba spektakularnych (mniej czy bardziej zrozumiałych) 'hitów' badawczych, oddziaływujących na wyobraźnię laików. Mamy dla przykładu stały, mozolny postęp w walce z rakiem czy wirusem HIV, ale brak jest spektakularnych przełomów mogących rozbudzić szerokie pozytywne emocje wokół istniejących możliwości terapeutycznych. Wspaniałe zaś możliwości trójwymiarowego obrazowania organów człowieka za pomocą tomografii komputerowej oczywiście cieszą pacjenta, ale z trudem przekładają się na zmianę jego stosunku do badań naukowych w ogóle. Ważną konsekwencją powyższych faktów jest oczywiście pogłębiający się brak rzeczywistego (a nie tylko deklaratywnego) publicznego poparcia dla badań naukowych - któż bowiem chce wydawać pieniądze na rzeczy, których nie rozumie?

Stworzenie warunków do tego, aby społeczeństwo mogło - świadomie i rozumnie - zapoznawać się z wynikami najnowszych osiągnięć naukowych jest rzeczą niezwykłej wagi. Nie wystarcza opracowywanie i wdrażanie wyników badań przez wąskie grona specjalistów. Pozostawianie poszczególnych obszarów wiedzy znajomości tylko takich grup, niszczy bowiem w społeczeństwie ducha głębokiej refleksji nad światem, prowadzi do zubożenia duchowego i pozwala na wykorzystywanie osiągnięć naukowych do realizacji partykularnych celów, będących często w zasadniczej sprzeczności z interesem całej ludzkości. Spośród zagadnień, absolutnie nierozwiązywalnych bez pomocy nowoczesnej nauki, a równocześnie wręcz domagających się rozstrzygnięć w szerokim społecznym kontekście, wymieńmy dla przykładu produkcję genetycznie zmodyfikowanej żywności, badania genetyczne w medycynie, budowę elektrowni jądrowych czy decyzje dotyczące zagrożeń ekologicznych.

Nie można także zapominać o postępującej prywatyzacji procesu prowadzenia badań naukowych. Tak jak i w innych dziedzinach życia, prywatyzacja badań naukowych i w konsekwencji prywatna własność ich wyników prowadzi z zasady do zwiększonej efektywności badań i szybkich, najczęściej korzystnych społecznie wdrożeń. Ale w procesie tym zawarte są także trudne do przewidzenia zagrożenia - firmy prywatne przywiązują często mniejsze znaczenie do długoterminowych skutków swej działalności, zaś patentowanie wyników badań, dotyczące dzisiaj nawet niektórych badań podstawowych, stawia w zasadniczo niekorzystnej sytuacji kraje biedne, nie mające środków na ich prowadzenie. Ze względu na ekonomiczne znaczenie odkryć naukowych, przyczynia się to oczywiście do powiększania się i tak już olbrzymich różnic między światem bogatych i biednych.

Te, i setki innych problemów nie pozostawiają złudzeń - badania naukowe weszły w fazę, w której wymarzona przez wielu uczonych autonomia procesu badawczego i niezależność od kontekstu społecznego staje się całkowitą utopią.

Czynnikiem niezmiernie komplikującym decyzje o wspieraniu tego a nie innego kierunku badań jest fakt, iż nawet osiągnięcie naprawdę nowatorskich rezultatów o znacznym potencjale aplikacyjnym nie gwarantuje komercyjnego sukcesu. Nawet najciekawsze odkrycie naukowe nie przyniesie wymiernych korzyści materialnych, jeśli nie będzie mu towarzyszyła odpowiednia infrastruktura, umożliwiająca szybkie przeprowadzenie prac wdrożeniowych oraz przemysł, umiejący dostosować opracowany produkt do swojej oferty sprzedaży. Z punktu widzenia strategii rozwoju kraju nie wystarczy więc po prostu finansować oryginalne i obiecujące projekty badawczo-rozwojowe - pomimo hermetyczności współczesnego języka naukowego trzeba próbować dostrzec w rozważanej propozycji badawczej szansę na wykorzystanie ewentualnych rezultatów w ramach istniejącej infrastruktury gospodarczej kraju.

***

Wróćmy teraz na nasze krajowe podwórko. Za finansowanie badań odpowiedzialny jest Komitet Badań Naukowych (KBN). Składa się on z dwu części - Urzędu KBN oraz tzw. części wybieralnej, czyli 60 demokratycznie wybranych przedstawicieli całego polskiego środowiska naukowego, podzielonych na 12 zespołów dziedzinowych. Do każdego zespołu Premier RP może dokooptować po jednym dodatkowym ekspercie reprezentującym środowiska społeczno-gospodarcze. 12 wybranych przez każdy zespół przewodniczących zespołów wraz z 7 przedstawicielami rządu tworzy 19-osobowy Komitet Badań Naukowych w sensie węższym. Dwuznaczność nazwy KBN powoduje oczywiście liczne nieporozumienia - niebawem one znikną, bowiem Sejm przegłosował już olbrzymią większością głosów ustawę transformującą Komitet w sensie szerszym w Ministerstwo Nauki i Informatyzacji. Wiąże się to także ze zwiększoną niedawno odpowiedzialnością ministra nauki, obejmującą obecnie także problematykę informatyzacji kraju. Na podstawie szczegółowych procedur opiniowania wybieralny Komitet podejmuje w praktyce wszystkie decyzje dotyczące finansowania zarówno instytucji prowadzących badania (finansowanie tzw. działalności statutowej i inwestycyjnej) jak i finansowania poszczególnych projektów badawczych i badawczo-wdrożeniowych. Minister nauki ma wprawdzie prawo do określenia proporcji pomiędzy pewnymi zasadniczymi kierunkami finansowania w ramach całego systemu, ale w praktyce obecne procedury zapewniają bardzo daleko idącą samorządność środowiska naukowego - parlament swoją ustawą budżetową przyznaje na badania naukowe określoną sumę pieniędzy, zaś uczeni decydują o sposobie dystrybucji tych środków pomiędzy podmioty prowadzące badania. Opisywany system powstał 12 lat temu na początku transformacji politycznej kraju - był rezultatem całkowicie zrozumiałej reakcji środowiska naukowego na centralistyczny system zarządzania nauką w poprzednim okresie. Powstały system wniósł do naszej polityki nowe, bardzo wartościowe elementy - zademonstrował w praktyce, że system dystrybucji środków na badania naukowe może i powinien bazować na zasadzie rzetelnej konkurencji prowadzącej do wyboru zespołów najbardziej predysponowanych do prowadzenia badań w danym obszarze, i że nieodłącznym atrybutem tego systemu musi być odwoływanie się do opinii samych uczonych - w końcu jedynych mogących w pełni zrozumieć wartość przedstawionej propozycji badawczej i ocenić szanse na jej realizację. W trakcie 12 lat funkcjonowania obowiązujący obecnie system ujawnił jednak także pewne istotne swe wady. Scharakteryzujmy je po kolei.

Po pierwsze, brak jest w systemie jasnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje. W szczególności minister nauki, ponoszący konstytucyjną odpowiedzialność za całość problematyki badań naukowych w kraju, jest często krytykowany za decyzje, które w całości podejmowane są przez kogoś zupełnie innego. Dla przykładu: zespoły KBN oceniając na podstawie dotychczasowych osiągnięć potencjał poszczególnych jednostek prowadzących badania decydują o przyznawanych im środkach na kolejny rok. Można być pewnym, że w przeważającej większości przypadków prowadzi to do uzasadnionego wspierania działalności naukowej instytucji dobrych kosztem ograniczania działalności instytucji słabszych - niestety, bywają przypadki, w których uwzględnienie przyszłej roli danej jednostki w polityce państwa wymaga innych decyzji. Pewne instytucje, które nie osiągnęły wprawdzie dotychczas najwyższego poziomu naukowego mogą mieć taką szansę w przyszłości, będąc przy tym już obecnie elementem niezbędnym do realizacji badań ważnych np. dla polityki społeczno-kulturalnej państwa (instytuty prowadzące badania na temat tożsamości narodowej Polaków lub zamieszkałych u nas mniejszości narodowych). Podobny problem dotyczy efektywnego wykorzystania środków pochodzących z funduszy europejskich lub umów offsetowych związanych z zakupami uzbrojenia (sytuacja jednostek prowadzących badania np. w zakresie lotnictwa, bardzo obecnie trudna, zmieni się niebawem zasadniczo w wyniku ostatnich rozstrzygnięć przetargów na nowoczesne samoloty wielozadaniowe i związane z tym kontrakty offsetowe; niektóre instytucje ze względu na swój profil badawczy będą miały łatwiejszy dostęp do funduszy strukturalnych, zaś jednostki prowadzące badania w obszarach preferowanych przez Unię Europejską w ramach jej Programów Ramowych będą mieć oczywiście lepsze możliwości pozyskiwania środków z tych programów). Wszystkie decyzje rządu o rozbudowie wybranych, strategicznych obszarów gospodarki muszą mieć wsparcie w działalności B+R - musi po prostu istnieć możliwość naukowego wspierania jasno określonych, wieloletnich priorytetów rozwoju kraju. Mówiąc jeszcze inaczej, trudno bez zastrzeżeń akceptować system, w którym środki publiczne rozdysponowywane są w zgodzie z interesem i opinią jednego środowiska, nawet tak znaczącego intelektualnie jak środowisko uczonych, przy braku szerokich możliwości uwzględniania interesu całego społeczeństwa, konstytucyjnie wyrażanego przez jego reprezentantów, czyli parlament i powołany przez niego rząd.

Sprawa odpowiedzialności za decyzje wzbudza zresztą od dawna kontrowersje formalne. Naczelna Izba Kontroli od lat kwestionuje legalność niektórych decyzji finansowych podejmowanych przez wybieralne organy KBN, czyli jego zespoły. A decyzje te mogą być naprawdę brzemienne w skutkach - zaprzestanie, czy choćby drastyczne ograniczenie finansowania badań w jakimś instytucie PAN prowadzić może w prostej drodze do konieczności likwidacji tej jednostki. Likwidacja pociąga za sobą znaczne koszty, które musi pokryć organ założycielski instytutu, czyli w tym przypadku Polska Akademia Nauk. A ona może nie mieć na ten cel żadnych zarezerwowanych środków. Przytoczony przykład nie jest hipotetyczny - dotyczy realnej, aktualnie zaistniałej sytuacji. Podkreślmy z całą mocą - nie chodzi tu o próbę pominięcia uczonych w procesie oceny zarówno instytucji prowadzących badania (tzw. finansowanie podmiotowe) jak i, szczególnie, projektów badawczych i badawczo-rozwojowych. Nikt poza nimi nie jest w stanie ocenić badawczego poziomu i znaczenia przedstawianych propozycji. Taka ocena nie może jednak ferować sugestii ostatecznych - powinna być mocną i ważną podstawą do decyzji podejmowanych przez osoby do tego konstytucyjnie powołane, mogące zapewnić właściwą koordynację polityki naukowej kraju.

Z powyższymi problemami łączy się ściśle sprawa wiarygodności ministra nauki na forum rządu - jaką siłę przekonywania ma opinia tegoż ministra deklarującego chęć rozwijania strategicznych badań na rzecz np. pewnych nowatorskich technologii, jeśli wszyscy wiedzą, że to nie on podejmuje ostateczne decyzje w tej sprawie? Konsekwencją tej sytuacji jest niemożność prowadzenia przez ministra nauki dalekosiężnej polityki naukowej kraju. W jakim bowiem trybie rząd może podejmować strategiczne decyzje dotyczące rozwoju wybranych nowych obszarów aktywności gospodarczej, jeśli w dzisiejszym świecie takie działania z reguły wymagają szerokiego wsparcia badawczego, a minister odpowiedzialny za badania ma w tym względzie tak ograniczone możliwości?

Kolejny problem to praktyka funkcjonowania obecnego wybieralnego Komitetu Badań Naukowych. Należy przyznać, że wiele z powyższych postulatów mogłoby być zapewne zrealizowanych w ramach uregulowań prawnych obowiązujących obecnie. Niestety, w sytuacji braku środków niektórzy wybrani przedstawiciele uczelni i instytutów badawczych coraz bardziej odchodzą od roli kreatorów polityki naukowej państwa na rzecz starania się o środki dla reprezentowanych przez siebie środowisk. Tendencja ta jest w dłuższym okresie zgubna - optymalna odpowiedź nauki na rzeczywiste problemy społeczne nie powstaje bowiem dzisiaj jako suma rozmaitych partykularyzmów środowiskowych. Sytuacja przypomina ów targany burzą okręt z kazań księdza Skargi - zamiast wspólnie refować żagle i ustawiać ster każdy pilnuje jedynie swego dobytku.

Jaki więc lepszy system finansowania badań naukowych mógłby w tej chwili w Polsce powstać? Zgodnie z powyższymi uwagami zasadniczymi elementami tego systemu powinny być:

Powyższa lista nie wyczerpuje oczywiście wszystkich elementów niezbędnych do utworzenia efektywnego i sprawnego systemu finansowania badań naukowych w Polsce. Do pominiętych tu, a z pewnością istotnych spraw należy w szczególności sposób tworzenia Rady Nauki, czyli organu wypełniającego wskazane wyżej funkcje opiniodawczo-doradcze. Ciało to powinno być tworzone w sposób w maksymalnym stopniu zapewniający obiektywizm ocen, tj. działać w oderwaniu od doraźnych interesów dyscyplinowych i instytucjonalnych. Biorąc od uwagę oczywisty fakt, że każdy uczony pracuje w jakiejś instytucji oraz reprezentuje jakąś dyscyplinę badawczą, postulat powyższy jawi się jako trudny w realizacji. Z tego powodu wielką wagę ma system doboru członków Rady Nauki. W strukturze Rady Nauki utworzone powinny być zespoły dziedzinowe, zespół ds. polityki naukowej, zespół ds. wdrożeń, a także zespół ds. odwołań. Wydaje się, że wśród wielu możliwych sposobów tworzenia Rady duże zalety miałby system polegający na nominowaniu kandydatów do zespołów dziedzinowych Rady przez ciała reprezentatywne dla społeczności uczonych (np. Rady Wydziałów i Rady Naukowe instytutów posiadające uprawnienia do doktoryzowania), spośród których minister nauki wybierałby Radę Nauki. W przypadku zespołu ds. polityki naukowej właściwsze wydaje się być delegowanie do Rady Nauki przedstawicieli głównych instytucji odpowiedzialnych za rozwój badań naukowych w Polsce, a więc na przykład Ministra Nauki, Ministra Edukacji Narodowej i Sportu, Ministerstwa Gospodarki (oraz innych resortów zaangażowanych w prowadzenie badań), Prezydium PAN, KRASP, Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i Rady Głównej JBR. Skład zespołu ds. wdrożeń musiałby oczywiście szeroko uwzględniać przedstawicieli praktyki gospodarczej i reprezentantów zainteresowanych ministerstw.

Komentarza wymaga także sprawa decentralizacji decyzji finansowych. Jest faktem, że dojrzały system finansowania badań powinien umożliwiać staranie się przez badaczy o środki w różnych instytucjach - urzędach bądź fundacjach. Obecny system koncentruje wszystkie fundusze w Komitecie Badań Naukowych, jeśli pominiemy, nieporównywalną pod względem sumy rozdzielanych środków, działalność innych instytucji, takich jak skądinąd niezwykle pożyteczna i poważana, Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. Istnienie w dużej mierze niezależnych od siebie zespołów dziedzinowych KBN jest już obecnie elementem decentralizującym procesy decyzyjne. I takim pozostanie w przyszłości. Nie wydaje się natomiast, aby niewielki obecnie budżet polskiej nauki usprawiedliwiał kosztowną decyzję o utworzeniu innych niezależnych instytucji dysponujących funduszami na badania pochodzącymi ze środków publicznych. Efektywność finansowa obecnego systemu (koszt funkcjonowania KBNu nie przekracza 2% ogółu środków będących w jego dyspozycji, co jest odsetkiem znacznie niższym od typowego dla wielu renomowanych fundacji naukowych na świecie) i możliwość stosowania ujednoliconych procedur zdają się przesądzać o przydatności obecnego systemu. Nie oznacza to, że w ramach proponowanego, zmodyfikowanego systemu nie należy wprowadzić dalszych elementów decentralizujących decyzje jednego tylko urzędu. Do takich inicjatyw zaliczyć należy zlecanie przeprowadzenia poszczególnych konkursów na projekty badawcze różnym instytucjom (pilotażowe wdrożenie tej koncepcji w postaci prowadzenia przez NOT konkursu na tzw. projekty celowe dla małych i średnich przedsiębiorstw jest w toku, następne są przewidywane niebawem), finansowe wspieranie badań tzw. własnych prowadzonych przez grupy jednostek łączących się we wspólnie zarządzane sieci badawcze (i rozdzielających środki wg własnych zasad) czy dofinansowywanie regionalnych inicjatyw związanych z wykorzystywaniem w celach innowacyjnych unijnych funduszy strukturalnych.

Mówiąc o funduszach strukturalnych nie można przemilczeć jeszcze jednego elementu związanego z ich wykorzystywaniem. Każdej złotówce pozyskanej z Unii musi bowiem towarzyszyć wkład własny jednostki realizującej projekt w wysokości przeciętnie około 30 groszy. Komitet Badań Naukowych zamierza refundować jednostkom znaczną część wkładu własnego - decyzja w tej sprawie oznacza automatycznie realizację pewnego fragmentu polityki naukowo-technicznej państwa, wyartykułowanego w trakcie negocjacji dotyczących funduszy strukturalnych. Dla instytucji prowadzących w Polsce takie badania powinien to być ważny sygnał - dostosowanie swojego profilu badawczego do tematyki przewidzianej w programie wykorzystania funduszy strukturalnych może mieć dla nich wielkie znaczenie finansowe!

Powyższe przesłanki leżą u podstaw nowej, opracowywanej obecnie ustawy o finansowaniu badań naukowych. W pełni adekwatne odzwierciedlenie zarysowanych wyżej myśli w sformalizowanym języku ustawy nie jest rzeczą prostą. Od zrozumienia dla konieczności zmian oraz poparcia i twórczego wkładu ze strony środowiska naukowego zależeć będzie tempo prowadzonych prac legislacyjnych i ich ostateczny efekt. Efekt, który wraz ze wzrastającymi środkami na badania przesądzi, czy nauka zacznie wreszcie odgrywać w Polsce rolę rzeczywistego stymulatora nowoczesności i rozwoju gospodarczego - rolę, bez której niemożliwa jest realizacja naszych tak obecnie rozbudzonych aspiracji cywilizacyjnych.
 

------------

1 W numerze 1/2003 "Forum Akademickiego" ukazała się pierwsza część niniejszego artykułu w wersji przed ostateczną redakcją Autora. Tutaj prezentujemy cały tekst we właściwej wersji.
 
 

Ostatnia modyfikacja: 19 lutego 2003 roku



BACK